Po prostu Julia... Nareszcie jest z nami. Urodziła się w południe. Silna i zdrowa. Taka mała kruszynka (jak tata ;)) Teraz odliczam do powrotu moich dziewczyn do domu. Wiktor już widział siostrę, na ręce chciał ją brać :D Oboje czekamy... Szczęśliwi :D
Jest środek nocy, a ja jeszcze nie śpię. Rano znów będzie mi ciężko dupe ruszyć z łóżka. Administrator powinien wyłączać internet po 22. Ile wtedy byśmy energii zaoszczędzili!
Za chwilę Wiktor się obudzi do mleka i tak jak wczoraj wejdzie do pokoju i powie: "tatuś zlub mi mleto" :) Jest wtedy taki słodki...
Idę spać, za 5 godz i 16 min pobudka. Swoją drogą uwielbiam przycisk "drzemka" w telefonie. Potrafię go w wduszać nawet kilka razy o poranku :) Pomysłodawca powinien otrzymać "Sypialnianą Nagrodę Nobla. A tak!!! Jak to sypialnianą pytacie? Otóż skoro Obama dostał Pokojową Nagrodę Nobla, to dlaczego twórca tak genialnej funkcji, również nie miałby zostać nagrodzony.
Chyba gadam od rzeczy, od żeczy, od rzeczy...
Asia nadal w szpitalu - bez zmian. Są pewne plany na sobote, czekamy.
Nerwowe oczekiwanie. Dziś zawiozłem Asię do szpitala na wywołanie porodu. Termin już minął a mała ani myśli przyjść na świat. Być może to będzie jutrzejszy dzień... Byc może to właśnie jutro wezmę Julię na ręce... Denerwuję się dużo bardziej niż przy Wiktorze... Niesamowite to uczucie, czeka się na tę chwilę z takim upragnieniem a zarazem strachem...
Właśnie sobie uświadomiłem, że w październiku nie napisałem ani słowa.
Znów człowiek zabiegany, zapracowany. Życie nabiera coraz większego tempa. Moje nabrało do tego stopnia, że nie zauważyłem tak podstawowej rzeczy jak zmiana świateł na jednym z większych skrzyżowań w Poznaniu... Jak to się skończyło, nie trudno się domyślić. Może od początku... Jak codzień wracałem z pracy po godz 18. Głowną ulicą jechałem lewym pasem. Spojrzałem na sygnalizator kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem, wtedy było jeszcze zielone. Zamyślony, nie skupiłem się na jeździe, wręcz przeciwnie, myślałem o tym co za chwile zjem w KFC do którego lubie zajrzeć w drodze powrotnej. Nagle poczułem silne uderzenie. Wina ewidentnie moja, wjechałem na czerwonym. Na szczęscie nic nikomu się nie stało. Szkoda tylko nowego samochodu, który kupiłem, zaledwie kilka dni wcześniej... Mam nadzieję, że ubezpieczalnia szybko wywiążę się ze swoich zobowiązań. Póki co znów jeżdzę niezawodną jak dotąd Mareą. Z zaistniałej sytuacji pozostaje wyciągnąć dwa wnioski. Pierwszy: podczas jazdy maksimum skupienia i koncentracji żeby nie wjeżdzać na czarwonym na sygnaliztor; drugi: nawet jeśli podczas jazdy jesteś maksymalnie skupiony to uważaj, bo jakiś baran może w Ciebie wjechać, bo niezauważy czerwonego :)
Tymczasem pozostało kilka dni do przyjścia na świat Julii...
Poprzedni nr gg jest już nieodwracalnie nieaktualny. Nowy nr to 10687950 a bezpośrednie łącze znajdziecie w stopce.
Kontaktów oczywiście brak więc podpisujcie się ;)
Od początku sierpnia, po tym jak przestałem pracować we Fiacie, szukałem dobrej stabilnej pracy. Przejrzałem setki ogłoszeń w prasie i w internecie. Nauczyłem sie odczytywać w nich prawdziwą ukrytą treśc. Handlowców potrzebują wszędzie, jednak niektórzy pracodawcy nie potrafia docenić dobrego pracownika i stawiają warunki nie do przyjęcia. Kilka ofert odrzuciłem.
Dość cieżko w czasach kryzysu znaleźć odpowiednie, dobrze płatne zajęcie, takie w którym można się spełniać i rozwijać. Niemniej jednak w końcu trzeba było podjąc jakąs prace. Niecały miesiąc temu dostałem się do sklepu rtv agd pewnej ogólnopolskiej sieci. Z moimi kwalifikacjami i doświadczeniem w sprzedaży to nie było trudne. Praca być może i ciekawa, atmosefera bardzo dobra, lecz to nie to. Wiedziałem, że stać mnie na więcej... Równolegle w prasie ukazało się ogłoszenie na stanowisko handlowca w salonie samochodowym w Poznaniu, u jednego z największych dealerów w Polsce. Pomyślałem, że to jest moja szansa. W końcu branża motoryzacyjna to jest to, w czym moge się spełniać, sprzedawałem już auta i moge śmiało powiedzieć, że jestem w tym dobry. Ale czy tak samo będą uwarzać w tej firmie... Otóż w odpowiedzi na moją aplikację, zostałem zaproszony na rozmowe kwalifikacyjną. Nie było standardowych pytań, lecz konkretna długa rozmowa, podczas której starałem się przedstawić swoją osobę z jak najlepszej strony. Po kilku dniach usłyszałem w słuchawce telefonu magiczne słowa: "Pana kandydatura została rozpatrzona pozytywnie". Kolejne spotkanie upływało w dużo spokojniejszej przynajmniej dla mnie atmosferze. Cholera miło być docenionym... Teraz będę sprzedawał nowe auta w Poznaniu.
Doskonałe warunki pracy itd... jednak każdy kij ma dwa końce i w tym wypadku nie obejdzie się bez wyrzeczeń. Praca w odległości 70 km od miejsca zamieszkania wiąże się z codziennym dojazdem. Dojazd to czas, a czas to... no włanie. Czas to najcenniejsza rzecz jaką można dać rodzinie, a teraz będziemy go mieć dla siebie znacznie mniej. Będę wyjeżdżał rano i wracał wieczorem. Mam nadzieję, że uda mi się to wszystko dobrze połączyć żeby w domu najbliżsi mieli ze mnie pożytek i żeby nie zaniedbać tego co najważniejsze, zwłaszcza, że za półtora miesiąca na świat przyjdzie Julka ;)
Tak to już jest w tym naszym życiu. Każdy z nas stale jest zmuszony do dokonywania wyborów. Tych bardzo ważnych i tych z pozoru błachych. Ważne, by podjęte decyzje były trafne i żeby niosły za sobą tylko dobre skutki.
Dwa dni temu byliśmy w Poznaniu na USG 3D/4D. Powyżej pierwsze zdjęcie maleństwa. To już 30 tydzień ciąży. Jeszce dwa miesiące i będziemy w czwórkę....
Nareszcie udało nam asię spędzić kilka dni poza domem. Gdzie? Ani za granicą, ani nad morzem. Nad ciepłym jeziorem. Pogoda dopisała, baterie naładowane. Tak, tego spokoju było nam potrzeba....
Pomyślałem, że to bradzo dobry moment nie tylko do zmiany w życiu zawodowym, ale również w domu. Do dziś bolą mnie ręcę po przeprowadzkach i małym remoncie jaki sobie zafundowaliśmy w weekend.
Wiktorek od soboty śpi w swoim kolorowym pokoju w otoczeniu ulubionych zabawek i maskotek. To ogromne przeżycie dla niego, jest zachwycony i szybko się zaaklimatyzował. W pokoiku oprócz Wiktora będzie spało maleństwo. Mały już nie może się doczekć kiedy będzie się opiekował swoją dzidzią.
Mam wrażenie, że odkąd jestem w domu, to jakoś bardziej rodzinna atmosfera unosi się w powietrzu...
Czas na zmiany. Tylko jakie? Na lepsze czy na gorsze? Wiele pytań pląta mi się po głowie i na więkoszość dziś nie znam odpowiedzi.
W miniony tygodniu zakończyłem swoją niespełna dwuletnią przygodę w salonie Fiata. Nie będę pisał dlaczego, poprostu. Nie będę też obrzucał mięsem swojego byłego pracodawce bo nie wypada. Niemniej jednak czuję się pokrzywdzony, no ale z drugiej strony kto powiedział, że życie jest sprawiedliwe, a wszyscy ludzie wporządku....
Teraz jestem na urlopie. Oprócz szukania pracy, chciałbym wykorzystać ten okres i spędzić więcej czasu z Asią i Wiktorkiem.
Zrobiłem to! Pierwszy raz! Asia się bała, chyba bardziej niż ja, ale nie wachałem się ani chwii... Ten dreszcz emocji, to ciepło przeszywające całe ciało, coś niesamowitego. Serce waliło mi tak szybko jak nigdy dotąd, czułem jak krew napływa mi do mózgu. Opowiem Wam od początku... To się stało w minioną sobote. Pojechaliśmy na koncert pewnego zespołu, do Gołuchowa. Ciekawa sceneria, jezioro, las i małe piwko wprawiły mnie w nastrój i dodały odwagi. A odwagi potrzeba do tego ogromnej. W końcu skok na gumowej linie z wysokości 60 metrów to nie lada wyczyn. Bungee, bo o tym mowa należy do bardzo ekstremalnych sportów i trzeba mieć dużo siły aby bedąc tam na górze, zrobic ten jeden krok. Na początku jest niepewność. Najpierw oficjalne ważenie, żeby wybrać odpowiednią grubość liny. Ta najgrubsza - powiedział jeden instruktor do drugiego :) Zapinanie uprzęży i wjazd na góre w koszu dźwigowym. Widok wspaniały. Już dla samego krajobrazu warto było wjechać. Króki instruktaż co wolno a co nie, odliczanie od 3 w tył i ..........................poleciałem. lecę w dół i czuje opór wiatru na twrzy ze strachu zamknąłem oczy. Nagle lina się napreżyła, poczułem szarpnięcie i znów lecę, tym razem górę. i tak kilka razy. wszystko trwało ok minuty a wydawało sie jakby wieczność. Asia miała łzy w oczach, a ja jeszcze długo nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Czy pokonałem własny strach? Chyba nie bo w końcu za bardzo się nie bałem. Na zawsze już jednak zapamiętam to uczucie spadania....
Noc ta w zasadzie jest dopiero 23 czerwca, jednak większość obchodów jest organizowana w piątek lub sobotę najbliższego weekendu. Wiele imprez odbywa się już właśnie dzisiaj.
Co ja będę robił, kiedy większość młodych ludzi będzie się bawić? Będę w pracy. CO??? W pracy??? Owszem. Można by pomyśleć, że sprzedawca w salonie samochodowym pracuję max do 18, a potem hulaj dusza. Jednak nie. Tu dochodzimy do sedna sprawy.
Okazuje się, że specjaliści od marketingu potrafią wykorzystać każdą okazję do zarobienia pieniędzy. Noc Świętojańską zamieniono w "Noc Cudów". Jest to chwyt reklamowy, mówiący o tym, że w salonach naszej marki, tylko w ten weekend, kiedy to mamy otwarte całą dobę, można kupić auto z niepowtarzalnymi przez cały rok rabatami i nieoprocentowanymi kredytami. Akcja ta prowadzona jest po raz drugi. W zeszłym roku cieszyła się dużym powodzeniem i odniosła wielki sukces. Podczas całego weekendu w całej Posce sprzedano ponad 1000 sztuk aut. To pokazuje jak bardzo ludzie są podatni na wpływ reklam, jak bardzo komercja wkroczyła na nasz rynek i w nasze życie.
Święta nie są już tylko pretekstem do zabawy lub wypoczynku. To okazja to zarobienia ogromnych pieniędzy i niektórzy potrafią to wykorzystać. Najważniejsze tylko żeby nie popadać w paranoje w pogoni za okazjami, które mogą się okazać nietrafione i przereklamowane....
Mam takiego sąsiada, na którego patrzeć nie moge, oczywiście z wzajemnością. Gość jest stary, a ja mam szacunek do starszych ludzi, dlatego mu nie wpierdole, a zasłużył sobie.
Można by powiedzieć, że drzemy koty, ba, nawet dosłownie....
W bloku jak to w bloku. Piwnica nie za duża, dlatego też nie jednokrotnie wózek Wiktora zostawialiśmy w piwnicznym korytarzyku. Sąsiadowi z parteru zaczeło to przeszkadzać, bo mu się może źle przechodziło. Wózkarnia owszem była, ale zaadoptowana przez tego samego człowieka na dodatkową piwnicę. Facet wpadł na genialny pomysł. Założył hodowlę kotów pod blokiem. Karmił je, poił i może nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że kotki zaczeły się rozmnażać. Nadomiar złego gdzieś musiały nocowac zimą. Wyklepana przez zasranego miłośnika zwierząt drewniana budka zprzed bloku już nie wystarczała. Co zrobił? Zamykał je na noc w piwniczym korytarzyku. Tak, w tym samym, w którym stał mój wózek!!! Kilku innych sąsiadów zglosiło mi jak widzieli kocury wylegujące się w spacerówce, niestety ani razu ich tam nie spotkałem, bo straciły by wszystkie dziewięć żyć. Wózek oczywiście mimo że nie było (oprócz sierci) żadnych widocznych śladów, natychmiast oddałem do prania chemicznego. Po praniu znowu to samo. Zgłaszalśsmy ten problem do spóldzielni, aczkolwiek zarządca stwierdził, żeby człowiekowi dać spokój bo jest stary. Tak, stary ale jary pomyślałem. Raz nawet zaczał się ze mną szarpać, kiedy zamykałem okienko od piwnicy, przez które wpuszaczał swoje zwierzątka. Nie musze chyba mówić, kto wyszedł obronną reką z przepychanki ;) Spóldzielnia, po pewnym czasie podjeła kroki w tej sprawie. W końcu się wzieli. Założyli na okienka kraty, a do kotów wezwali Ligę Ochrony Zwierząt. Urzędnicy zabrali mu najmniejsze kociaki ale stare zostały. Zima była, Zima się skonćzyła.
Przyszła wiosna, a na wiosne wiadomo co tygryski lubią najbardziej..... I znów mieliśmy małe kociaki i znów przyjechała LOZ i je zabrali. Duże nadal są, jednak nie wchodzą już do piwnic. Ja dostałem od spóldzielni zgodę na korzystanie z innego pomieszczenia, w którym mogę chować wózek. Oczywiście sąsiadowi niezbyt to się podobało, ale cóż...
Pawlak (nie ten minister od gospodarki ) o swoim sąsiedzie miawiał: "Kargul choć wróg, to jednak swój, bo na własnej krwi wyhodowany"
Myślę, że każdy ma takiego swojego Kargula w pobliżu miejsca zaieszkania, jednak trzeba zwrócić uwagę na fakt, że po drugiej stronie płota (lub też za scianą, jeżeli w bloku) może być zupełnie inny sąsiad, czy też sąsiadka. Sąsiad, który zawsze pomoże coś przenieść, naprawić, taki z którym można napić się piwa lub też starsza sąsiadka, która nie ma się do kogo zwrócic, a potrzebuje pomocy w drobnych zakupach, czy w innych codziennościach.
Na takich ludzi ludzi należy zwrócić szczególną uwagę, bo mimo wszystko dobrze jest mieć po sąsiedzku kogoś na kogo możemy liczyć, lub kogoś kto może liczyć na nas. I ta myśl, nawet jeśli nie najgłębsza, niech będzie morałem na dziś.
I jeszcze jedno. W tej notce, zdaje się nawet pierwszy raz na moim blogu użyłem słowa niecenzuralnego. Zabieg ten był celowy, ponieważ uznałem że to słowo, pasuje własnie w tym miejsu jak żadne inne.
Zgorszonych przepraszam.
Czasem wędrujemy palcem po mapie i czujemy, że ciągnie nas irracjonalnie w zupełnie nieznane strony. Ktoś od zawsze marzy by odwiedzić Kenię, ktoś ma ochotę nagle skręcić z głównej drogi do jakiejś mieściny. Czasami sam łapię się na tym, że mam ochotę jechać okreżną drogą, nadrobić parę kilometrów...
Co nami kieruje...? To jeden z chętniej przytaczanych dowodów na wędrówkę dusz. Może kiedyś przed laty właśnie tu mieszkaliśmy...? Zwolennicy bardziej racjonalnych teorii doszukują się prób dojścia do głosu naszej intuicji, która podpowiada nam najwłaściwszy klimat, zgodny z potrzebami organizmu.
Czy należy słuchać tych podszeptów...? Jeżeli podróż jest możliwa do realizacji może warto zaryzykować. Niewykluczone, że okaże się fascynującą przygodą... Może na nowo odkryje nasze wnętrze, to drugie ukryte JA...
Dopiero co wróciłem z chorobowego po dwóch tygodniach nieobecności. Ogarnąłem się, nadrobiłem zaległości a tu masz.... znów pech. Piękny długi majowy, weekend a ja z pękniętą kostką i gipsem po kolano. Wszystkie plany wzieły w łeb! A miało być tak pięknie... Ech... moze gdym tak 12 albo 14 sie urodził...
Niech tegoroczne święta uplywają w ciepłej rodzinnej atmosferze...
Oby ta Wielkanoc była tak radosna jak Boże Narodzenie, a dyngusowa zabawa lepsza od sylwestrowej...
Spis rzeczy ulubionych !!! (poniższa kolejność nie ma znaczenia)
1) Grześki w czekoladzie ;)
2) Słońce za oknem o poranku
3) Dźwięk gitary klasycznej
4) 150 na dwópasmówce
5) Spagetti w sosie bolońskim ze stodoły
6) Kubełek Classic z KFC ;)
7) SOH II MP
8) Słów kilka ciepłych o północy
9) Dyskografia Dżemu
10) Spacer po zmroku
11) Ptasie mleczko
12 Obiad u mamy
13) Ognisko w nocy przy akordach "Kory" - Harlemu
14) Urlop letni
15) To nasze głaskanie po szyi :)
16) Widok Wiktora czekającego w oknie na tate wracającego z pracy...
Nikt nie lubi się kłócić. Chociaż są wyjątkowo osobliwe przypadki, dla ktorych dzień bez kłotni dniem straconym.
Osobiście uważam, że raz na jakiś czas mocniejsza wymiana zdan jest potrzebna, nawet w relacjach małżeńskich, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. No własnie. Nie widziałem, żeby ktoś kłócił się "w granicach zdrowego rozsadku". Nie ma delikanej wymiany zdań, jęśli się kłócimy to na całego. Wojna, aż mury trzesczą. Czasem różnica, zdań, czasem poglądów a czasem zwykłe nieorozumienie potrafi sprawić że dwie kochające się osoby patrzą na siebie jak wrogowie na polu bitwy, zapominając o najważniejszym... Najważniejsze żeby kontrolować swoje gesty, słowa. Słowa ranią bardziej niż czyny, dlatego należy uważac, żeby nie powiedziec o jedno za dużo.... Markowski śpiewa "gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów..."
Kolejny etap to cisza. Raz krótka, czasem natomiast zamienia się w kilka cichych dni. Nieważne ile trwa. Jest to stały element, czas, kiedy spływają z nas negatywne emocje, czas kiedy się uspokajamy...
Najważniejsze żeby dojśc do porozumienia, znaleźć wspólny punkt, a przede wszystkim rozmawiać...
13 października lub 8 listopada to dni, w których będę oczekiwał pierwszego krzyku mojego drugiego dziecka, naszego dziecka. Już przy wyczekiwaniu na Wiktora przekonaliśmy się, że daty sa tylko orientacyjne, ale mimo wszystko wyznaczają na osi czasu pewne wydarzenie, na które czeka się z utęsknieniem.
Wiktor urodził się ok 3 tygodnie po wyznaczonym terminie. Przeszlismy przez to razem. Tzn wiem, że facetowi jest łatwo mówić, bo go nie boli (no chyba że żona zamiast ręki ściśnie co innego ;)), ale byliśmy przy tym razem... Po narodzinach mogłem być z Asią i dzieckiem jeszcze przez godzine. Niesamowite uczucie... taka mała śliczna istota rozgląda się tymi swoimi bystrymi oczkami, próbując zaaklimatyzować się w nowym otaczającym go świecie. Jeszcze nie wie co go czeka, wie natomiast, że jest bezpieczny. Teraz głośniej i wyraźniej słyszy te dwa ciepłe głosy, które słyszał przez ostatnie kilka miesięcy. Rozponaje je...
Kiedy na świat będzie przychodzić nasza druga pociecha, też tam będę. Będę trzymał żonę za ręke i mówił do niej... I znów będzie nieopisana radośc!!!
Jednak zanim to nastąpi... "Marcinku... Jedź kupić mi truskawki plissssssssssss..." :) Jeszcze długa droga...:)
Nie mogę nie odpowiedzieć na krzywdzący mnie komentarz do notki z sierpnia 2008 o harcerstwie.
Otóz osoba, która najpierw ukrywa sie pod pseudonimem Kinia, a później w innym komentarzu (po adresie IP zauważyłem, że to ta sama osoba) używa imienia Ola, twierdzi że mnie zna i "rozwaliłem jej drużyne", chociaż nadal nie wiem kim jest, to domyślam się o jaką sytuację chodzi, choc tylko cżeściowo.
Jesli chodzi o drużynę z Rozdrażewa, której opiekunem przez ostani czas byłem (formalnie jeszcze jestem), to w żaden sposób nie poczuwam się do odpowiedzialności za rozpad. Poświecałem czas na przyjazd żeby byc z wami, bo taka byla moja rola, narażając przy tym relacje z żoną na pogorszenie. Zawsze kiedy mogłem być - byłem, niejednokrotnie zabierając ze sobą synka. W strukturze drużyny to drużynowy jest odpowiedzialny za konstruktywne tworzenie tej jednostki. Nadaje rytm, prowadzi, kształtuje... ja miałem poprostu w miarę możliwości być.
Kinia twierdzi, że harcerstwo nic dla mnie nie znaczyło. Otóż Droga Kiniu vel Olu. Wszyscy którzy znają mnie nieco lepiej, wiedzą że harcerstwo nie było moim hobby czy krótką przygodą. To było całe moje życie... Dlatego podjąłem sie sprawowania nadzoru nad drużyną prowadzoną prze inną osobe. Mogę tylko powiedzieć że bardzo żałuję, iż nie udało się stworzyć, tego na czym nam zależało. Niestety same checi nie wystarczą, ponieważ jest potrzebne zaangażowanie. Sam miałem na początku wizję czegoś wielkiego, którą Wam przekazałem, dając w ten sposób nadzieje. Realia okazały się inne, dlatego zdaje sobię sprawę że niektórzy mogli poczuć się zawiedzeni. Te osoby przepraszam.
Tak jak powiedziałem wcześniej i jeszcze raz chciałbym to podkreślić, moja funkcja jak i obwiązki z znią związane nie mają wpływu na sytuacje w tej drużynie. Mam nadzieję, że mimo trudności uda Wam się stworzyć zgraną drużynę, czego z całego serca życzę.
Na koniec dodam że jeśli jest ktos z Was chciałby się na ten teamat porozmawiać to pozostaję do dyspozycji.
Z wielkim problemami podnoszę lewą powieke...
Jeszcze ciemno, więc zamykam zaspane oko. Nie jednak nie. Ucisk w dole brzucha nie pozwala mi spac to ten cholerny pechęrz!!! Musze wstać i iść do tej łazienki. Mój mózg próbuje wydać nogom polecenie żeby się ruszyły, ale te nie raczą słuchać. ok jeszcze 2 minuty i pójde - myśle sobie. W tym momencie przed oczami pojawiają mi sie jakieś obrazki, jakbym film oglądał, z samym sobą w roli głównej. Powoli zaczynam sobie uświadamiać co sie wczoraj działo. No tak, imieniny wuja... wszystko jasne. A więc wstaje. Pierwsze dwa kroki delikatnie niepewne ale z kolejnymi już coraz lepiej. Poszedłem. Po chwili naciśk ne pechęrz ustaje, a na mojej tawrzy widać wyraźną ulge. Spoglądam w lustro po czym stwierdzam, że oglądanie samego siebie to nie był w danej chwili dobry pomysł.
Kuchnia.
Woda.
Butelka wody.
Tak, tego mi było trzeba... Ochodząc od wodopoju rzucam tylko wzrokiem na nieczytelny zegar mikrofali
5.16
Obieram azymut "łożko" i nic ani nikt nie jest w stanie mnie zatrzymać. Kłade się całując w policzek żonke (pocałunek w usta w tym momencie mogłby ją zabić)i .... Yes, God... I fell good!!!
________________________________________________
Budzę się po raz drugi i czuje się zadziwiająco dobrze, chyba za dobrze bo moje poczucie humoru nie bawiło Asi, ciekawe dlaczego...?? Niedziela handlowa więc trzeba bylo wybrać sie na obiecane wpólne zakupy. Nawet się cieszyłem, bo rzadko możemy gdzieś w trójke razem wyjść. Swieże powietrze dobrze mi zrobi no i trzeba sie pochwalić mieszkańcom jarocina nową spacerówką ;) Tylko gdzie są moje rękawiczki....? Przez pół dnia myślałem że zgubiłem lub ewentualnie zostawiłem u wuja ale później na szczęście okazało sie, że leżały w samochodzie.
Ci ludzie jacyś tacy zabiegani, no tak, w końcu święta. I co dwa kroki "cześć cześć", albo "co u ciebie - wszystko po staremu - u mnie też", no i oczywiście tradycyjne "zdrowych wesołych". Matko, czego Ci ludzie tak krzyczą... ?!? Wilki jakies :)
Suma sumaraum niedziela udana. Wieczorem jeszcze małe spagetti w stodole i było super:)
Takie poranki jak ten - oby jak najrzadziej, ale w ten sposób wspólnie spędzonych z rodziną dni życzyłbym sobie jak najwięcej...
...
Pochłaniam kolejne rozdziały pewnej książki. Niestety troche mozolnie mi to idzie ze zględu na brak czasu. Głównie czytam nocami gdy inni śpią, czasem uda się "machnąć" kilka stronek w pracy:)
Niby zwykła książka... thriller religijno-polityczny, a jednak jest w niej coś, co sprawia że zaczynam się zastanawiać, nad pytaniami, które nurtują wielu z nas... Co jest po drugiej stronie...?
Książka wciągneła mnie do tego stopnia że zaczynam się utożsamiać z jednym z głównych bohaterów powieści. Przeżywam razem z nim jego życie. Czuje na skórze dreszcz, ogarnia mnie ten sam lęk, który ogarnął mojego bohatera, kiedy zrozumiał i uwierzył...
Książke polecam każdemu, kto jest wytrwały, lubi wyzwania, każdemu kto szuka niebagatelnej lektury...
gwarantuje, że po po przeczytaniu I rozdziału nie zaśniesz....
I jeszcze jedno.... Pierwszy tom, którego okładkę widzicie poniżej ma 414 stron. Tomów jest 12 ;)
Człowiek całe życie dokonuje wyborów. Co dobre a co złe... iść w prawo czy w lewo, a może zawrócić... kiedyś trzeba zdecydować..... ale którą droge wybrać...? tą którą podpowiada rozum, czy tą którą prowadzi serce....?
Nie można mieć wszystkiego. W zespole nie będe grał. Musze się jescze raz poważnie zastanowić nad moją rolą w harcerstwie. Czas który poświęcam rodzinie i tak jest bardzo ograniczony. Zobaczymy co z tego wszytskiego wyjdzie...
"...Szatanem jestem złym, aniołem z aureolą,
Wrogiem i kochankiem, aktorem z ulubioną rolą,
Dopełnieniem świata, oceanem, pustą szklanką.
Jestem i wyrokiem, nawet sędzią, nawet katem.
Jestem, jestem wszystkim, nawet Bogiem,
Tylko sobą być, sobą być nie mogę..."
Już chyba trzecia w ciągu pól roku.... ale za to jaka.... bardzo mi takie oferty schlebiają i czuje się wtedy.... cholera fajnie! bo bardzo bym chciał.... pewnie zastanawiacie się "o co mu do chodzi..." :)
Otóż zapewne niektórzy z was wiedzą jak wielką dla mnie pasją jest muzyka i to, że miałem w szkole średniej swój zespół. była to kapela z prawdziwego zdarzenia. troszke rock'n rollowo ale w swoim repertuarze mieliśmy dość rozległe typy muzyki (coś w tym zdaniu składnia nie pasuje ale co tam). oczywiście same covery. graliśmy na żywo,: perkusja, gitara basowa, gitarka elektryczna prowadząca i ja - wokal, klawisze, czasem gitara rytmiczna. to dopiero były czas... ale co z tą propozycją. a więc (tak wiem, nie zaczyna się zdania od: "a", "ale", "bo" itp) odezwała się do mnie koleżanka z którą kiedyś miałem przyjemność śpiewać, że potrzebują trzeciej osoby do zespołu. kurcze, nawet nie wiecie jak się ucieszyłem. co prawda byłoby to troszke na innej zasadzie, mianowicie chodzi o typową chałturke - wesela wieczorki i takie tam. no tak. ucieszyłem się ale co z tego.... dla mnie tydzień musiałby mieć chyba z 10 dni. nigdy na nic nie mam czasu... momentami mam wrażenie że chodzę do pracy po to żeby odpocząć , czywiście jak jest luźniejszy dzień i nie mam takiego samopoczucia jak wczoraj. poza tym takiej decyzji nie mogę podjąć sam... wystarczy że sam podjąłem decyzje odnośnie powrotu do ZHP (ale była wtedy wojna w domu:) ale rozumiem doskonale pretensje Asi).
I co zrobię...? nie wiem. chyba czas wyciągnąć z szafy magiczną wagę i rozważyć, co jest dla mnie najważniejsze...
Ostatnio czytałem pewną książkę i troszke na podstawie tej książki, ale głownie z życia doszedłem do paru wniosków... można zdobyć więcej przyaciół w ciągu dwóch miesięcy po prostu interesując się innym ludźmi niż w ciągu dwóch lat próbująć zainteresować innych ludzi sobą. Coś w tym jest.... bo jeśli próbujemy tylko zaimponowaćinnym ludziom i wzbudzić ich zainteresowanie naszą osobą, nigdy nie zdobędziemy przyjaciela, przyjażni nie zawiera się na tej zasadzie....
Ale jak to naprawdę jest z tą przyjaźnią....? Jeśli ktoś mi powie żę ma wielu wiernych przyjaciół to w to nie uwierze... Przyjaciel to ktoś wyjątkowy, ktoś komu możesz powierzyć swoje życie..., to ktoś od kogos nie oczekujesz nic w zamian za pomoc. Nasuwa się teraz pytanie... to ilu ja mam tych przyjaciół? znajomych - wielu, kolegów, kolezanek- tez troszke, ale przyjaciół.... ? czasem kilku, najczęsciej jednego, zdarza sie że wcale...
wiecie dlaczego sny są piękne ?? bo sprawiają, że człowiek choć przez chwile może spojrzec na swiat z innej strony; w śnie mamy możliwość odnaleźć się w roli, która w rzeczywistym świecie jest fikcją.... możemy poczuć, dotknąć, posmakować tego o czym marzymy - myślimy... uslyszec to czego nigdy nie usłyszymy....
możemy latać...